JURKOWIAK fotolog.pl
Link :: 03.07.2006 ::



Czwarty w tym roku raz w Poznaniu. Ilości innych służbowych wyjazdów nie pamiętam. Kolejny pokój wyglądający tak samo jak inne hotelowe pokoje. Kolejny pusty korytarz o szarówce.
Lubimy to Mirek, prawda?



Komentuj (8)


Link :: 03.07.2006 ::

Beskidzki Bike Survival.



Wczoraj było poza drogami i szlakami. Lasem na przełaj. Ścieżkami wydeptanymi przez grzybiarzy i zwierzęta. Chwilami w błocie nie do ominięcia. Kilka razy w wodzie po osie kół.



Podniesiona ostatnimi deszczami woda w Wisłoce znalazła sobie skrót i płynie teraz drogą.

Komentuj (3)


Link :: 04.07.2006 ::



Beskid Niski, niski a piękny..

Komentuj (1)


Link :: 05.07.2006 ::



Ochłoda w trakcie rowerowych wycieczek.. Wzrokowa..

Komentuj (3)


Link :: 06.07.2006 ::



Wspomnienie świetności. Mieleckie samoloty i stadion Stali.

Komentuj (6)


Link :: 07.07.2006 ::



Znowu mam ochotę zniknąć wśród górskich lasów..

Komentuj (5)


Link :: 08.07.2006 ::



Mam pewien pomysł na fotkę z Księżycem. Muszą tylko zaistnieć odpowiednie warunki, by je zrobić. Najczęściej problemem jest posiadanie właściwego obiektywu w odpowiednim momencie. Tymczasem z okna, w wolnej chwili...

Komentuj (6)


Link :: 09.07.2006 ::



Dzisiaj był finał Wielkiego Tenisa i finał Wielkiej Piłki. Sport w telewizji się jednak nie kończy, bo Wielkie Kolarstwo jutro wkracza w góry i zacznie się prawdziwe ściganie. Ja odpuściłem tonięcie w błotach i wodach beskidzkich w tę niedzielę, ale utonąłem za to w podmieleckich piaskach.

Komentuj (3)


Link :: 10.07.2006 ::



Spotkałem je wczoraj po południu. Tuliły się do siebie w głębokim cieniu, zaplecione wśród sosnowych igieł.

Komentuj (5)


Link :: 11.07.2006 ::



Czasami w okolicy natrafiam na zupełnie jakieś nietutejsze widoki...

Komentuj (2)


Link :: 12.07.2006 ::



Luźne myśli związane z tym, co za oknem..
W oczekiwaniu na deszcz..

Komentuj (6)


Link :: 13.07.2006 ::



Upał.. Upał..

Komentuj (3)


Link :: 14.07.2006 ::



Prawie jak rtęć...

Komentuj (4)


Link :: 17.07.2006 ::





Myślałem o Tatrach na tę niedzielę. Nie lubię tego czasu w górach z racji mnóstwa kręcących się po szlakach ludzi. Są jednak pewne scieżki, do których nie sposób dotrzeć, gdy dzień jest krótszy niż w lecie (na dodatek gdy najczęściej dysponuje się jednym tylko dniem). Niestety pogoda wymyśliła sobie lekkie załamanie właśnie na weekend. Tatry odsunąłem na inny czas, ale oczywiście w planie był rower i Beskid Niski. Sobotnie niebo o zachodzie wróżyło jednak nienajlepiej. I wywróżyło. Deszcz padał całą niedzielę.

Burza kolorów w kontraście do ostatnich szarości.

Komentuj (6)


Link :: 17.07.2006 ::



O ogródku w portretowy sposób.

Komentuj (6)


Link :: 18.07.2006 ::



Kiedy znikną, zaczniemy wypatrywać jesieni.

Komentuj (9)


Link :: 19.07.2006 ::



Upał.

(z bardzo głębokiej szuflady)

Komentuj (6)


Link :: 19.07.2006 ::



Wieczorem nadchodzi ochłoda i milkną telefony.

Komentuj (4)


Link :: 20.07.2006 ::



Skraj Beskidu Niskiego i modne ostatnio chmury.

Komentuj (6)


Link :: 21.07.2006 ::



Okna z betonu.

Komentuj (4)


Link :: 22.07.2006 ::



Trochę inaczej.

Nie jest Drugi. Nie jest Gorszy. Mówię o nim Nizinny (choć świetnie w górach sobie radzi), albo rozróżniam go srebrnym kolorem kierownicy (Górski ma złotą).
Pochodzi z zamierzchłych rowerowo czasów. Rama urodziła się zanim inżynierowie Marina przewidzieli dostosowywanie geometrii do istnienia widelców amortyzowanych. Ale prawda jest taka, że mimo rzekomego braku kompatybilności, świetnie z takim widelcem współpracuje. Dyskretna i egzotyczna w dzisiejszych czasach tabliczka: Tange, Custom Tube Set, Ultra Light Triple Butted Cr-Mo, Exclusive To Marin przypomina tylko, że rowery miały kiedyś dusze. Do mnie trafił jako kompletny rower Bear Valley. Przez półtora roku przychodziłem do sklepu rowerowego, by na niego popatrzeć. Był piękny i nieosiągalny. Nie był najdroższy, ale spoglądałem właśnie w jego kierunku. W końcu, po nieprzeciętnych rabatach, stał się mój. Z tamtego roweru pozostała rama i rurka pod siodełkiem. Ale pozostało również to nieuchwytne Coś.
Mój kolega miał kiedyś podobnego Marina. Kiedy nastały czasy rowerów w pełni amortyzowanych przesiadł się właśnie na fulla. Chwalił sobie, ale po jakimś czasie poczuł chęć powrotu. Długo szukał, by odnaleźć i odkupić właśnie taką ramę. Widziałem jego radość z pozornego kroku w tył. Kiedy ja przesiadałem się na fulla, rama Bear Valley’a powędrowała na szafę. Wiedziałem, że kiedyś do niej powrócę. Trafiło się paru kupców, ale na szczęście oparłem się pokusie. Trwało to trochę, ale w końcu odbudowałem na niej rower. To było mocne przeżycie. Mimo bezpośredniego porównania do roweru z amortyzowanym tyłem, jazda była niesamowita.
Drugim smaczkiem tego roweru jest amortyzator przedni. To klasyk, prawdziwy kawałek historii w tej dziedzinie. Marzocchi Bomber Z2 pierwszej generacji. Jest ze mną już prawie dziesięć lat i pracuje wciąż nienagannie. Zdarza się, że ktoś jadący obok, nieraz na dużo nowocześniejszym sprzęcie, nie może wyjść z podziwu, jak Bombuś radzi sobie z nierównościami terenu.
Cały ten rower to zlepek bardzo różnych części. W wielu przypadkach już nie produkowanych. O kilku można dużo powiedzieć. Ale nie o to chodzi. Marin nie jest nowoczesny, ale jest ułożony tak, jak tego chciałem. Twarda maszyna na godziny rowerowych włóczęg.

Acha. Jest jeszcze coś, bez czego jazda jest niemożliwa. Silnik. Ale ten funkcjonuje czasem w Nizinnym, a czasem w Górskim.



Komentuj (4)


Link :: 24.07.2006 ::

Początek był niewinny. Dowieźliśmy samochodem rowery tak daleko jak się dało. Pod kołami rowerów nie miało być asfaltu. Niedzielny wczesny poranek, cisza i bezludność. Już po kilometrze jazdy udało się nam zamoczyć buty w głębszym nieco miejscami Wisłoku.



Na drugim kilometrze musieliśmy się przedzierać przez połamane drzewa na od dawna i tak zarastającej drodze. Zwylke pełna była ona błota, a tym razem doszły nowe atrakcje. Szarpaliśmy się z niewygodnymi w takiej sytuacji rowerami zaczepiającymi złośliwie o każdą gałąź.



Potem nastąpił prawdziwy festiwal błota. Gęste i wodniste, lepkie i suche, płytkie i głębokie po osie. Jechaliśmy, czasem prowadziliśmy. Przedzieraliśmy się równolegle do drogi, by ominąć większe kałuże. I tak aż do momentu, gdy oba rowery powiedziały: Nie jadę! Przez ostatnie kilkaset metrów ciągnęliśmy maszyny z całkowicie zablokowanymi kołami. Na szczęście wiedzieliśmy, że niedługo wyjdziemy na ubite scieżki.



Rowery niemal wrzuciliśmy do rzeki i nastąpiło wielkie mycie, a potem wielkie smarowanie i przygotowywanie do dalszej jazdy. Na liczniku mieliśmy cztery kilometry (i prawie godzinę w siodle), a przed nami jeszcze ponad pięćdziesiąt. Potem już błota prawie nie było, ale za to było wszystko to, co w rowerowaniu najlepsze. Podjazdy i zjazdy, ścieżki, potoki, widoki...

Komentuj (5)


Link :: 25.07.2006 ::



Orzeźwiająco i migocząco.

Komentuj (2)


Link :: 25.07.2006 ::



Przy każdej okazji, gdy jestem niedaleko którejś opuszczonej cerkwi, staram się ją odwiedzić. Nigdy nie wiadomo czy jeszcze stoi, czy nie zawalił się dach, nie oberwał sufit, albo czy nie przewróciła się dzwonnica. Czekają na cud. Te murowane zdają się być mocniejsze i pozornie łatwiej jest im odpierać przeznaczenie. Drewniane w ciszy zapadają się w sobie i po wielu można oglądać już tylko ślady pełne zapachu butwiejącego próchna.

Komentuj (5)


Link :: 26.07.2006 ::

Przełom Wisłoka.





Spokój tuż po świcie. Brnęliśmy błotami drogi wijącej się równolegle do rzeki. Potem były kilometry spędzone na górskich ścieżkach. Cały dzień zastanawiałem się nad powrotem. Jak uniknąć tego błocka. Wpadłem na pomysł, by ostatnie kilometry jechać korytem płytkiej na ogół rzeki. To i tak zdrowsze niż utonięcie w glinianej mazi. Niedzielna trasa ułożyła się jednak inaczej i wracaliśmy od całkiem drugiej strony. Kiedy jednak dotarliśmy do samochodu zaczęliśmy żałować, że nie jechaliśmy tych paru kilomertów rzeką. Wisłok pełen był moczących się ludzi. Pełen do granic możliwości. Co kilka metrów rodzinka na niedzielnym wypoczynku. Ciekawe jakie miny mieliby na twarzach widząc dwu rowerzystów w kaskach, rekawicach i z plecakami, którzy pomiędzy półnagimi dzieciakami wędrują w dół rzeki. Ciekawe jakie miny mielibyśmy my...

Komentuj (4)


Link :: 27.07.2006 ::



Karawaning.

Komentuj (4)


Link :: 27.07.2006 ::



Zrobiłem zdjęcie i okazało się, że to całkiem ładne miejsce.

Komentuj (4)


Link :: 28.07.2006 ::



Cały dzień w drodze ku lepszemu i napotkane przeszkody, które trzeba pokonać. Zdawałoby się, dwa kroki w lewo i byłoby łatwiej, ale widocznie czasem trzeba iść prosto, trudniejszą drogą.



Komentuj (7)


Link :: 29.07.2006 ::



Słyszę ten szum i pamiętam jej chłód.

Komentuj (2)


Link :: 31.07.2006 ::



Zanikające ślady po Łemkach. Rozpadające się cmentarze zarastają chwastami i pajęczynami.

Komentuj (3)


[Księga gości]


Paweł Jurkowski



Zajrzyjcie:
daltonista
coffeerepublic
jabłko
machda
B&B
kone-v
kat-ju

ownlog.com
fotolog.pl

2017
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik